15 czerwca 2011

Zakupy zawsze dobre na poprawę humoru.

Wczorajsze robocze godziny minęły pożądanie szybko, zostały też dość efektywnie wykorzystane i wyszłabym z pracy w wyjątkowo dobrym humorze, gdyby nie ostatnia rozmowa z Pewną Klientką. Pani udało się na tyle wyczerpać moje bogate pokłady cierpliwości, że uznałam za stosowne wynagrodzić sobie trud tej rozmowy zakupem jakiegoś ciuszka.
Zajechawszy na dwóch kółkach pod budynek sklepu, którego nazwa składa się z kilku liter, stanowiących zapewne inicjały Ojców Założycieli, odkryłam na szybie witryny ogromny napis WYPRZEDAŻ.

- Super! - taka była moja pierwsza myśl, mój entuzjazm jednak szybko przygasł, gdy zobaczyłam, że bynajmniej nie mnie jedną interesuje sterta przecenionych fatałaszków.
- Nic to, dam radę - myślę sobie - i dałabym, gdyby nie geniusz planistyczny osób zarządzających sklepem: ubrania z nowej, nieprzecenionej kolekcji wisiały sobie w najlepsze w bardzo przestronnej części sklepu, a odległości między wieszakami takie, że dwa rowery by się minęły, natomiast ciuszki z metką SALE upchnięto niemiłosiernie na kilku metrach kwadratowych, zostawiając ledwo 30-40 cm "przejścia" - a jak można się domyślić właśnie na tej części sklepu skupiły swoją uwagę polujące na okazje kobietki. No i klops - ani się minąć, ani przesunąć, cofnąć też nie, bo za mną już czeka na swoją kolej kilka dusz. Efekt był taki, że zza każdego wieszaka słychać było ciche "przepraszam" "ja tylko przejdę" "sorki" itp. Poziomu frustracji Klientek mogę się tylko domyślać (mając za przykład siebie), a każda z nich pewnie w myślach przeklinała pomysł pójścia na zakupy w dniu przeceny, po godzinie 17.00..