08 sierpnia 2010

I kto tu rządzi.

Sierpniowe, niedzielne przedpołudnie. Jedziemy do podniemczańskiego, 150-letniego ogrodu botanicznego.
Bilet: 7zł, ale Pan Odźwierny nas nie wpuści, bo jesteśmy
z psem (uściślając: biała, futrzata 3-kilowa kulka, która normalnie mieści mi się w torebce). Pytamy, czy nie da się tego jakoś obejść. Psiak jest mały, robi małe kupki, które zobowiązujemy się sprzątać, a jeśli trzeba, mogę go cały czas nieść pod pachą, więc rododendronom nie grozi zadeptanie.
Pan Odźwierny musi się skonsultować z instancją wyższą
- Panią sprzedającą lody na gałki na stoisku obok.
- Absolutnie, z psem nie wolno, jest zakaz!

O nie, pomyślałam. Pani Od Lodów nie będzie mi o spacerze decydować. Pytam Odźwiernego o przełożonego - Dyrektor Nowak, znajdę go w zajeździe obok. Podchodzę pod bramę, ale Ochroniarz Tadeusz, o śniadej cerze i wczorajszym spojrzeniu, tarasuje wejście, bo Dyrektor jest u siebie i być może śpi (jest południe!!). Wznoszę się więc na wyżyny negocjacyjne, bombarduję Ochroniarza argumentami, robiąc przy okazji minę: "I tak wejdę, nawet jeśli mnie nie wpuścisz". Udało się. Poszedł.
Wraca. "Pan Dyrektor powiedział, że nie musi wiedzieć o tym, że ktoś wszedł z psem do ogrodu" - ale ja muszę mieć jego zgodę, żeby sforsować Odźwiernego! W tym momencie okazuje się, kto tak naprawdę dzierży władzę w tym przybytku.
Ochroniarz Tadeusz z uśmiechem triumfu na twarzy proponuje, że schowa się w kantorku, żeby go Dyrektor nie słyszał i przekaże Odźwiernemu, przez walkie-talkie żeby nas wpuścił.

Weszliśmy, nawet biletu dla psiaka nie kazali nam kupować.
Dopiero podczas spaceru alejką pomyślałam, że już na wstępie mogłam się podać za siostrzenicę Dyrektora, rezultat byłby prawdopodobnie ten sam, tylko poszłoby znacznie szybciej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz