11 maja 2011

Widoki na Zachód.

Od kilku dni wykorzystuję nadzwyczajną hojność natury - nieskalany błękit nieba, blask słonecznych promieni i dwadzieściakilkastopninaplusie - i po pracy wyleguję się z książką na ławce w parku (wczoraj nawet zasnęłam, obudziła mnie starsza pani ostrzegając, że mogą mi w czasie drzemki buchnąć nieprzypięte do ławki dwa kółka). 

Fakt, że większość bywalców parków mnie ignoruje (nie licząc psów, komarów i amantów zagajających tekstami w stylu "Maleńka, albo my, albo książka") stawia mnie w wygodnej obserwacyjnie sytuacji. Widzę spacerujących za rękę staruszków, rozbiegane dzieci, truchtających rodziców tychże dzieci, starających się uciszyć chwilą sportu wyrzuty sumienia po ośmiu godzinach spędzonych w siadzie za biurkiem. Słyszę rozmowy o sąsiadach, ślubach, pieniądzach...

I tylko drobny pajączek niestrudzenie buduje nić miedzy moim bicyklem a najbliższym drzewem (moja arachnofobia zaczyna się, gdy odległość między pajęczymi odnóżami przekracza 2 cm).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz