Strony sklepów z sukniami ślubnymi uparcie sugerują, że to właśnie dzień, w którym ze łzami w oczach, brokatem we włosach i długim welonem na posadzce cicho i rzewnie szepniesz: TAK.
Śmiem zapolemizować. Moim najpiękniejszym dniem był (i chyba nic tego nie zmieni) pewien chłodny czerwcowy wtorek, kiedy to po czterech miesiącach tresowania swojej szarej podczaszkowej masy w logicznym myśleniu i walki ze snem nad podręcznikami do doktryn politycznych (kto czytał, ten wie) dostałam 5,0 na semestr od doktora, u którego 3,0 było wyczynem zasługującym na dwudniową balangę.
Jedna z moich koleżanek natomiast za najpiękniejszy dzień swojego życia uznaje dzień swoich narodzin. To ma sens.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz