30 grudnia 2011

No light, no light.

To nie będzie dobry dzień, oj nie. Zacznę od tego, że gdyby nie współlokatorka K. to nadal zamiast w pracy, siedziałabym w kuchni z kubkiem zielonej herbaty zamyślona i wsłuchana w głos Wojciecha M. oraz gościnnie występującego, oczytanego redaktora Nogasia.

Wszystkie Wojciechy to fajne chłopaki.

Potem było już tylko ciekawiej, kupując w tramwaju bilet na tenże tramwaj o mały włos zostawiłabym kartę kredytową w biletomacie. Mam na niej limit na kilka tysięcy, więc szczęśliwy znalazca mógłby sobie poszaleć, szczególnie, że ja uprzytomniłabym sobie jej brak pewnie gdzieś około poniedziałku.

Nie tylko ja z resztą miałam z siebie dziś ubaw, śmiał się też ochroniarz, bo przy pobieraniu kluczy nie mogłam sobie przypomnieć jaki właściwie numer ma moje biuro i która to też jest godzina (zegar wisiał na ścianie na wprost, dłuższą chwilę zajęło mi odczytanie, co on właściwie wskazuje).

Póki co to tyle, choć dzień jeszcze długi i wszystkiego mogę się po sobie dziś spodziewać. Szukając przyczyny - mogłaby to być wypita wczoraj do spółki z A. butelka dużego (75 cl) hiszpańskiego wina, które A. dostała od kontrahenta, ale to by oznaczało, że wina nie powinno się pić w tygodniu, więc wolę swój stan ciała i umysłu przypisać paskudnej pogodzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz