Wrocławskie wały w kilka tygodni po powodzi wyglądają jak pobojowisko.
Poza pokaźną warstwą wszechobecnego mułu uwagę zwraca lekki, choć wyczuwalny, zapach ni to glonów, ni to bagna,
ni to rybiej łuski.
Psów wyprowadzanych przez właścicieli brak, matek
z pociechami i emerytów brak, a co najdziwniejsze - brak przedstawicieli klasy średniej grilującej (mimo niewielkiego zachmurzenia i ok. 22*C).
Ucieszyło mnie to, zdziwiło, a potem zaczęłam się zastanawiać: dokąd oni się przenieśli?
Na balkonach i w parkach nie wolno, na trawniku przed akademikiem (o ile nie jest się studentem) nie wypada.
Wygląda na to, że popyt na zwyczajną i karkówkę musiał spaść.
Zakłady mięsne nie mają zamówień.
Bezrobotni rzeźnicy wyjeżdżają najbliższym busem szlachtować holenderskie krowy za 15€ brutto/h.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz