29 grudnia 2010

Kółko czy kreska.

Czy tylko mi się wydaje, że współczesne postrzeganie czasu jest cokolwiek paranoiczne? Jednocześnie liniowe i cykliczne?

Z jednej strony zewsząd słychać narzekania, że ten czas tak szybko (i bezpowrotnie) nam ucieka, że się marszczymy i że "nowe", "młode" z definicji lepsze jest niż "stare", "nieskomputeryzowane".

Z drugiej natomiast, co roku w grudniu, życzymy sobie wszystkiego naj w nowym (ściśle określonym, 365-dniowym) roku, symbolicznie wchodzimy w nowy początek, nowy cykl, nowe kółko, które nie wiedzieć czemu, w przeciwieństwie do innych kółek, ma swój początek i koniec. (Szóstym zmysłem poczułam zapach potu swoich pra-przodków, którzy, jeśli w ogóle czas mierzyli, to od wiosny - do wiosny).

Może to taki sposób na oswajanie nieoswajalnego? Nie potrafimy przecież kontrolować czasu, zatrzymywać go, rozmnażać. Nie mamy wpływu na "nasz" początek, a tym bardziej koniec. Stwarzamy sobie więc ogólnoświatową iluzję przełomowości, świętujemy nową szansę, wypełnieni endorfinami całujemy się na ulicach, rynkach, z kim popadnie, bo zegar zamiast 23:59 pokazał 0:00 (jak co noc z resztą).

28 grudnia 2010

A widzisz tu kota? Widzisz kołyskę?

Im jestem starsza tym częściej sobie myślę, że Vonnegut miał rację.

We wszystkim.

W niczym.

A tak naprawdę Vonneguta nie było.

Człowiek bez ojczyzny. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich dekonstruktywistów lubujących się w poetyckiej bezpośredniości.

22 grudnia 2010

Spokojnie, to tylko gruźlica.

Po kilku latach bezkonfliktowej i owocnej współpracy mój układ odpornościowy podał się do dymisji (pewnie dlatego, że ostatnio nie uprawiam sportu - grypa jako zemsta za lenistwo, nie biegam, więc mam czas chorować).
Tegoroczne życzenia zdrowych, spokojnych Świąt składane przy akompaniamencie mojego duszącego kaszlu nabrały głębszego,a jednocześnie dosłowniejszego znaczenia. Oby były szczere i zostały spełnione.