Czy tylko mi się wydaje, że współczesne postrzeganie czasu jest cokolwiek paranoiczne? Jednocześnie liniowe i cykliczne?
Z jednej strony zewsząd słychać narzekania, że ten czas tak szybko (i bezpowrotnie) nam ucieka, że się marszczymy i że "nowe", "młode" z definicji lepsze jest niż "stare", "nieskomputeryzowane".
Z drugiej natomiast, co roku w grudniu, życzymy sobie wszystkiego naj w nowym (ściśle określonym, 365-dniowym) roku, symbolicznie wchodzimy w nowy początek, nowy cykl, nowe kółko, które nie wiedzieć czemu, w przeciwieństwie do innych kółek, ma swój początek i koniec. (Szóstym zmysłem poczułam zapach potu swoich pra-przodków, którzy, jeśli w ogóle czas mierzyli, to od wiosny - do wiosny).
Może to taki sposób na oswajanie nieoswajalnego? Nie potrafimy przecież kontrolować czasu, zatrzymywać go, rozmnażać. Nie mamy wpływu na "nasz" początek, a tym bardziej koniec. Stwarzamy sobie więc ogólnoświatową iluzję przełomowości, świętujemy nową szansę, wypełnieni endorfinami całujemy się na ulicach, rynkach, z kim popadnie, bo zegar zamiast 23:59 pokazał 0:00 (jak co noc z resztą).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz