21 września 2011

Księżniczka tupie małą nóżką.

Nie akceptuję faktu, że sama siebie nie akceptuję i że mam za niską self-esteem.
Nie i już, nie, nie tak być nie będzie.

Gdybym zaakceptowała fakt, że się nie akceptuję (w pełni, bo trochę, owszem, tak) to już by był krok naprzód, umożliwiający jakieś środki zaradcze. Ale tak łatwo w życiu nie ma.

Dół to jakiś i depresja, tylko skąd się pytam, zapytuję, bo obiektywnych przesłanek do doła brak, a wręcz przeciwnie. Chyba jakiś sukces jest potrzebny, np. nie jedzenie czekolady przez tydzień czy dwa (nie jedzenie drożdżówek mi nie wychodzi, ale łącznie z drożdżówką dzisiejszy bilans 950 kcal i więcej nie będzie, taka, ot, racjonalna dieta).

God help the girl, she needs all the help, she can get.

19 września 2011

Bridget Jones. Tylko z większymi sukcesami w pracy.

Od dziś oficjalnie zaczynam dietę, tak.
Na śniadanie bułka z serkiem i kilka pomidorków koktajlowych + niesłodzona rumiankowa herbata (236 kcal). Od środy ani łyka alkoholu.

Cel: 3 kg w 2 tygodnie (łudzę się, że jak to sobie napiszę czarno na białym, to będę pamiętać i się tego trzymać).

- Ale w zasadzie, kobieto, z czego ty się chcesz odchudzać? Owszem, ostatnio jadłaś trochę więcej i może i odrobinę widać, ale podobno wyglądasz zdrowiej, nie jak cień samej siebie sprzed kilku miesięcy, poza tym dobre rzeczy się w życiu dzieją, jesteś szczęśliwsza, więc i bardziej okrągła...

No i właśnie. Jak to się trzymać planów i postanowień, jeśli w głowie, na widok szarlotki, delicji i pizzy (hand made, by moja współlokatorka) włącza się właśnie taka argumentacja?
Trzymajcie kciuki kochani, to będzie trudna batalia.

Raport z postępów na bieżąco.

13 września 2011

Więcej szczęścia niż rozumu.

"God help the girl, she needs all the help, she can get.."

Ostatnio wszystko mi z rąk leci, kiedyś, też owszem, mi się to zdarzało, ale teraz to już przesada. Żeby zobrazować przykładem - chwilę temu zajrzywszy do pracowego kantorka celem zrobienia sobie herbaty doszłam do wniosku, że dziubnę (tylko odrobinę) ryż z warzywami z lanczboksa, który dziś w ramach zdrowego żywienia przyniesłam do zakładu (zawsze jem po 13, cóż że dopiero 11:30, głodnam). I co? ledwo lanczboks otworzyłam, już mi się z rąk wyślizgnął i chlupnął w moją stronę sosem warzywno-mięsno-oliwnym. Tak. Całe szczęście sos zmienił trajektorię lotu i nie doleciał do mojej ślicznej (czystej!) bluzeczki, bo wszystkie spotkania na dziś dopiero przede mną. A znając mnie, możecie się domyślać, że nie mam w zakładzie bluzki na zmianę.

Przykład drugi. Kręcę długopisem (see Pen Spinning na youtube), zdaża mi się tez kręcić kijem bilardowym lub markerem. Czarnym, odkręconym (sic!) markerem na przykład na szkoleniu w niedzielę. I jak mi ten marker nie wypadnie, jak nie poszybuje podkręconym lotem w kierunku mojej jasnoszarej spódnicy. Nie doleciał.  Trafił w blat stolika. Uff....