22 listopada 2011

8 dzień.

Urlop minął nie wiadomo kiedy, góry - wiadomo - fantastyczne. Schronisko, do którego trafiliśmy okazało się organizować szereg kulturalnych atrakcji (pokazy filmów górskich, koncerty kapel takich jak Cuba de Zoo czy Słodki Całus od Buby). Jeśli do tego dodać czeskie (butelkowane) piwo w promocji za 2 zł i kieliszek czegoś mocniejszego (bez promocji) za 2 zł, to możecie się domyślać, że wyjazd należał do udanych.

Ale nie o tym miało być, miało być o tym, że od 8 dni jestem na diecie (kopenhaskiej -> google it) i jak na mnie trzymam się naprawdę dobrze, pilnuję rozkładu i składu posiłków niczym żołnierz Armii Szwajcarskiej zabytków Watykanu i nawet się przy tym wszystkim dobrze czuję. Miały być w gratisie do tej diety mroczki przed oczami, ale mnie jakoś ta atrakcja omija. Dieta łącznie ma 13 dni, więc jeszcze 5 przede mną a potem mam plan kontynuować zdrowe jedzenie, gotować posiłki pełne warzyw i chudego mięsa. Oby tylko mój facet zamiast ze mną, nie zaczął jadać kolacji w towarzystwie podwójnych frytek i Big Maca.

Motywacja to w ogóle dziwna rzecz jest, pojawia się nie wiadomo skąd i tak człowieka trzyma i pcha do przodu, że aż się sam ten człowiek czasem dziwi. Nie wiem na czym polega ten mechanizm, choć powinnam, bo w moje branży jest to jedno ze słów kluczowych, bez zrozumienia którego daleko się nie zajdzie. Czas już chyba na jakąś mądrą psychologiczną książkę i prawdziwe studia nad ludzką naturą i kondycją dzisiejszego społeczeństwa. Ale to dopiero po obiedzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz