23 listopada 2011

Pitupitu.

Dziś dzień jak co dzień, poza faktem że już środa i od 13.00 do weekendu bliżej niż dalej. Padły nam rano serwery, więc przez kilka godzin uprawiałam pracę typowo koncepcyjną, kreśląc schematy na papierowych kartkach, bo w komputerze mogłam sprawdzić co najwyżej swoją własną pocztę.

Z dietą pomału czas się pożegnać, jeszcze tylko 4 dni więc to tak jakby nic, od poniedziałku magicznym słowem-kluczem będą WĘGLOWODANY, w ilościach fakt niewielkich, ale zawsze. Obecnie za kilka kostek czekolady lub kromkę razowca byłabym w stanie przebiec całe miasto wszerz. Na jednym oddechu (bijąc, podejrzewam, rekord Husaina Bolta).

Do UEFA EURO 2012 pozostało 199 dni, ponoć najlepiej do niego przygotowane są nasze domy publiczne. Jeszcze jeden dowód na to, że najskuteczniej w gospodarcze prosperują podmioty prywatne. Korwin-Mikke na prezydenta a podatki to kradzież.

Dziękuję.

22 listopada 2011

8 dzień.

Urlop minął nie wiadomo kiedy, góry - wiadomo - fantastyczne. Schronisko, do którego trafiliśmy okazało się organizować szereg kulturalnych atrakcji (pokazy filmów górskich, koncerty kapel takich jak Cuba de Zoo czy Słodki Całus od Buby). Jeśli do tego dodać czeskie (butelkowane) piwo w promocji za 2 zł i kieliszek czegoś mocniejszego (bez promocji) za 2 zł, to możecie się domyślać, że wyjazd należał do udanych.

Ale nie o tym miało być, miało być o tym, że od 8 dni jestem na diecie (kopenhaskiej -> google it) i jak na mnie trzymam się naprawdę dobrze, pilnuję rozkładu i składu posiłków niczym żołnierz Armii Szwajcarskiej zabytków Watykanu i nawet się przy tym wszystkim dobrze czuję. Miały być w gratisie do tej diety mroczki przed oczami, ale mnie jakoś ta atrakcja omija. Dieta łącznie ma 13 dni, więc jeszcze 5 przede mną a potem mam plan kontynuować zdrowe jedzenie, gotować posiłki pełne warzyw i chudego mięsa. Oby tylko mój facet zamiast ze mną, nie zaczął jadać kolacji w towarzystwie podwójnych frytek i Big Maca.

Motywacja to w ogóle dziwna rzecz jest, pojawia się nie wiadomo skąd i tak człowieka trzyma i pcha do przodu, że aż się sam ten człowiek czasem dziwi. Nie wiem na czym polega ten mechanizm, choć powinnam, bo w moje branży jest to jedno ze słów kluczowych, bez zrozumienia którego daleko się nie zajdzie. Czas już chyba na jakąś mądrą psychologiczną książkę i prawdziwe studia nad ludzką naturą i kondycją dzisiejszego społeczeństwa. Ale to dopiero po obiedzie.

04 listopada 2011

Holy. Day.

Bez pracy, jak to mówią, nie ma kołaczy a bez etatu urlopu.
Ja etat mam i urlop też i to w ilości hurtowej nagromadzony, a że mamy koniec roku i sezon w zakładzie pracy w zasadzie za nami, to najwyższy czas, aby chwilkę odetchnąć. Tak z tydzień. Cały tydzień!!

Wolne mam, dużo wolnego i zamierzam: książki czytać, jogę ćwiczyć, biegać, zdrowo gotować, po górach połazić, ósmą serię House'a nadrobić, wyspać się, no i może jeszcze przypomnieć sobie, jak park Szczytnicki wygląda, bo nie byłam chyba z rok.

Ambitne plany, nie? Bo ambitna dziewczynka ze mnie :)

ps. jeśli ktoś chce pocztówkę z Beskidu Żywieckiego, to adres proszę w komentarzu zostawić.

02 listopada 2011

Jeszcze nie wiem o czym to będzie.

Zmusiłam się dziś do wstania grubo przed świtem, kilka minut po 5 (rano!), nadal trzymam się na nogach i to bez drugiej kawy! Niniejszym więc obalam tezę, że nie mozna się wyspać na zapas.

Dzień jak codzień, po kilku dniach wypoczynku trzeba się było udać do zakładu pracy, co skądinąd odbyło się nader bezboleśnie.

Bilans dni wolnych, jak niżej:
1 przeczytany (włoski) kryminał, 1 upieczone ciasto, 3 wizyty na cmentarzach i jakieś 4 godziny spędzone za kółkiem Skody (idzie mi coraz lepiej,nawet mi powieka nie drgnęła na widok korku przy wyjeździe z parkingu koło cmentarza) oraz pół obejrzaego Bonda - mojego ulobionego, więc liczy się x2.


Baj de łej, gdyby kiedyś, przez przypadek zniszczeniu uległy wszystkie światowe kopie Quantum of Solace, nie ma problemu, znam każdą scenę i dialog na blaszkę, służę pomocą.