31 grudnia 2011

and a happy New Year!!

Poznań przywitał nas pochmurną bezdeszcznością, bólem głowy oraz - i niech za to będą dzięki niebiosom - przepysznym śniadaniem złożonym z francuskich tostów, sera, szynki i miodowej herbaty. Śniadanie przygotowała K. i już jej zapowiedziałam, że gdyby kiedykolwiek Ł. znudziła się rola jej męża, ja chętnie zajmę jego miejsce. Seriously.

Koniec roku to czas podsumowań, chociaż ja na żadne najmniejszej ochoty nie mam. Nie żeby rok należał do nieudanych, wręcz przeciwnie, cudowny był, fantastyczny i w ogóle było pięknie. Szczególnie w drugiej jego połowie. Marzenia się spełniają, choćby na wstępie wydawały się skrajnie awykonalne, więc wiecie, ludzie warto.

Dobra, koniec tej fanfaroniady. Najlepszego.

30 grudnia 2011

No light, no light.

To nie będzie dobry dzień, oj nie. Zacznę od tego, że gdyby nie współlokatorka K. to nadal zamiast w pracy, siedziałabym w kuchni z kubkiem zielonej herbaty zamyślona i wsłuchana w głos Wojciecha M. oraz gościnnie występującego, oczytanego redaktora Nogasia.

Wszystkie Wojciechy to fajne chłopaki.

Potem było już tylko ciekawiej, kupując w tramwaju bilet na tenże tramwaj o mały włos zostawiłabym kartę kredytową w biletomacie. Mam na niej limit na kilka tysięcy, więc szczęśliwy znalazca mógłby sobie poszaleć, szczególnie, że ja uprzytomniłabym sobie jej brak pewnie gdzieś około poniedziałku.

Nie tylko ja z resztą miałam z siebie dziś ubaw, śmiał się też ochroniarz, bo przy pobieraniu kluczy nie mogłam sobie przypomnieć jaki właściwie numer ma moje biuro i która to też jest godzina (zegar wisiał na ścianie na wprost, dłuższą chwilę zajęło mi odczytanie, co on właściwie wskazuje).

Póki co to tyle, choć dzień jeszcze długi i wszystkiego mogę się po sobie dziś spodziewać. Szukając przyczyny - mogłaby to być wypita wczoraj do spółki z A. butelka dużego (75 cl) hiszpańskiego wina, które A. dostała od kontrahenta, ale to by oznaczało, że wina nie powinno się pić w tygodniu, więc wolę swój stan ciała i umysłu przypisać paskudnej pogodzie.

28 grudnia 2011

Part I

Nie napiszę nic odkrywczego - kilka z rzędu porządnie przespanych nocy w połączeniu z rozkosznym uczuciem najedzenia rodzinnymi pysznościami, z dodatkiem sporej dawki przytuleń, miłych życzeń i komplementów (Kochana, jak Ty schudłaś!) mają niebagatelny wpływ na moje funkcjonowanie (tak, tak, wiem - to są czynniki zewnętrzne, a siła powinna płynąc z wewnątrz, a jednak..).

Mój mózg jest jasny, sprawny i skupiony, jednym słowem gotowy do wytężonej pracy, na którą się jednak nie zapowiada i do rozwiązywania skomplikowanych zagadek logicznych, w tym cudzych problemów życiowych (taka branża).

Na początek jednak, nie wysilając się zbytnio, pierwsza część listy postanowień noworocznych na 2012. Inna niż wszystkie do tej pory.

1. Wstawać po pierwszym sygnale budzika. Drzemka ustawiana 6 razy nie wchodzi w grę.
2. Krócej się kąpać - oszczędzać wodę i środowisko (nie traktować 30 minutowego prysznica jako panaceum na wszelkie zło).
3. Regularnie uprawiać sport. Obojętnie jaki, byle regularnie.
4. Dać sobie spokój z kursem tańca.
5. Więcej pisać, pisanie oczyszcza umysł i porządkuje myśli, zapobiega też wtórnemu analfabetyzmowi. Podobno liczy się tez pisanie bloga, ale co do tego nie mam absolutnej pewności.

Tak mi dopomóż.

21 grudnia 2011

Let me go.

Żeby mi się tak chciało, jak mi się kiedyś chciało, a nie jak teraz mi się nie chce.

Nie wiem, czy to specyfika branży, w której wyrabianie 110% normy na 3 dni przed wigilią jest co najmniej bezcelowe, czy każdy, bez względu na rodzaj zakładu pracy tak ma, w każdym razie odliczam Ci ja już godziny do łykendu, a tych włącznie z dniem jutrzejszym pozostało 7 i 2/3.

Aby mnie Państwo źle nie zrozumieli - to nie kolejna fala depresji - chcieć mi się chce, wszystko, tylko nie uskuteczniać biurowe obowiązki służbowe. Keksa mogę upiec, pierniczki lukrem dekorować, nawet okna można mi kazać myć (mimo śniegodeszczu) albo wybierać prezent dla dziadka - chętnie! Tylko wypuście mnie stąd, uprzedźcie mojego szefa i zwolnijcie z wyrzutów sumienia (coś tam jednak mimo względnego spokoju mam do zrobienia).

Nic to, poskupiam się jeszcze chwile nad profilami i kompetencjami, aż zegar wybije po raz siedemnasty północ i dane mi będzie przemienić się z biurowego Kopciuszka w Królewnę Galeriankę (tylko bez skojarzeń, prezent Matce Rodzicielce idę nabyć).

23 listopada 2011

Pitupitu.

Dziś dzień jak co dzień, poza faktem że już środa i od 13.00 do weekendu bliżej niż dalej. Padły nam rano serwery, więc przez kilka godzin uprawiałam pracę typowo koncepcyjną, kreśląc schematy na papierowych kartkach, bo w komputerze mogłam sprawdzić co najwyżej swoją własną pocztę.

Z dietą pomału czas się pożegnać, jeszcze tylko 4 dni więc to tak jakby nic, od poniedziałku magicznym słowem-kluczem będą WĘGLOWODANY, w ilościach fakt niewielkich, ale zawsze. Obecnie za kilka kostek czekolady lub kromkę razowca byłabym w stanie przebiec całe miasto wszerz. Na jednym oddechu (bijąc, podejrzewam, rekord Husaina Bolta).

Do UEFA EURO 2012 pozostało 199 dni, ponoć najlepiej do niego przygotowane są nasze domy publiczne. Jeszcze jeden dowód na to, że najskuteczniej w gospodarcze prosperują podmioty prywatne. Korwin-Mikke na prezydenta a podatki to kradzież.

Dziękuję.

22 listopada 2011

8 dzień.

Urlop minął nie wiadomo kiedy, góry - wiadomo - fantastyczne. Schronisko, do którego trafiliśmy okazało się organizować szereg kulturalnych atrakcji (pokazy filmów górskich, koncerty kapel takich jak Cuba de Zoo czy Słodki Całus od Buby). Jeśli do tego dodać czeskie (butelkowane) piwo w promocji za 2 zł i kieliszek czegoś mocniejszego (bez promocji) za 2 zł, to możecie się domyślać, że wyjazd należał do udanych.

Ale nie o tym miało być, miało być o tym, że od 8 dni jestem na diecie (kopenhaskiej -> google it) i jak na mnie trzymam się naprawdę dobrze, pilnuję rozkładu i składu posiłków niczym żołnierz Armii Szwajcarskiej zabytków Watykanu i nawet się przy tym wszystkim dobrze czuję. Miały być w gratisie do tej diety mroczki przed oczami, ale mnie jakoś ta atrakcja omija. Dieta łącznie ma 13 dni, więc jeszcze 5 przede mną a potem mam plan kontynuować zdrowe jedzenie, gotować posiłki pełne warzyw i chudego mięsa. Oby tylko mój facet zamiast ze mną, nie zaczął jadać kolacji w towarzystwie podwójnych frytek i Big Maca.

Motywacja to w ogóle dziwna rzecz jest, pojawia się nie wiadomo skąd i tak człowieka trzyma i pcha do przodu, że aż się sam ten człowiek czasem dziwi. Nie wiem na czym polega ten mechanizm, choć powinnam, bo w moje branży jest to jedno ze słów kluczowych, bez zrozumienia którego daleko się nie zajdzie. Czas już chyba na jakąś mądrą psychologiczną książkę i prawdziwe studia nad ludzką naturą i kondycją dzisiejszego społeczeństwa. Ale to dopiero po obiedzie.

04 listopada 2011

Holy. Day.

Bez pracy, jak to mówią, nie ma kołaczy a bez etatu urlopu.
Ja etat mam i urlop też i to w ilości hurtowej nagromadzony, a że mamy koniec roku i sezon w zakładzie pracy w zasadzie za nami, to najwyższy czas, aby chwilkę odetchnąć. Tak z tydzień. Cały tydzień!!

Wolne mam, dużo wolnego i zamierzam: książki czytać, jogę ćwiczyć, biegać, zdrowo gotować, po górach połazić, ósmą serię House'a nadrobić, wyspać się, no i może jeszcze przypomnieć sobie, jak park Szczytnicki wygląda, bo nie byłam chyba z rok.

Ambitne plany, nie? Bo ambitna dziewczynka ze mnie :)

ps. jeśli ktoś chce pocztówkę z Beskidu Żywieckiego, to adres proszę w komentarzu zostawić.

02 listopada 2011

Jeszcze nie wiem o czym to będzie.

Zmusiłam się dziś do wstania grubo przed świtem, kilka minut po 5 (rano!), nadal trzymam się na nogach i to bez drugiej kawy! Niniejszym więc obalam tezę, że nie mozna się wyspać na zapas.

Dzień jak codzień, po kilku dniach wypoczynku trzeba się było udać do zakładu pracy, co skądinąd odbyło się nader bezboleśnie.

Bilans dni wolnych, jak niżej:
1 przeczytany (włoski) kryminał, 1 upieczone ciasto, 3 wizyty na cmentarzach i jakieś 4 godziny spędzone za kółkiem Skody (idzie mi coraz lepiej,nawet mi powieka nie drgnęła na widok korku przy wyjeździe z parkingu koło cmentarza) oraz pół obejrzaego Bonda - mojego ulobionego, więc liczy się x2.


Baj de łej, gdyby kiedyś, przez przypadek zniszczeniu uległy wszystkie światowe kopie Quantum of Solace, nie ma problemu, znam każdą scenę i dialog na blaszkę, służę pomocą.

28 października 2011

Ciepło, cieplutko.

Snuję się po biurze jak kot od rana, co rusz się przeciągając i zaparzając kolejną rumiankową herbatę, na zmianę z cappuccino marki Tchibo, które szef kupił również dla siebie (choć nie wygląda jak amator słodyczy), ale nie będzie miał szansy spróbować, bo ani się obejrzy, wykończę całe pudełko.

Nie to, żebym nie miała co robić - mam i robię, tylko w lekko zwolnionym tempie, w rytmie starych czarno-białych filmów z Humphreyem Bogartem, a dookoła mnie snuje się niewidoczny dym papierosowy i nie wiedzieć czemu, przymykając oczy widzę filiżankę espresso i sceny z musicalu "Nine".

Zapachy, zapachy mnie ostatnio otaczają, spowijają i nie dają skupić na codziennych oczywistościach. Świeżo heblowane drewno, pieczone w ognisku ziemniaki, Chanel Mademoiselle, dym z cieniutkich włoskich cygar.

Zabierzcie mnie do domu, zabierzcie mnie do mamy. I najlepiej, żeby z mamą w domu były pierogi.

Doczekawszy się.

Dobrego humoru ciąg dalszy, choć dziś są ku niemu bardziej wyraźne, rzekłabym NAMACALNE przesłanki. Uściślając - jedna, mierząca metr osiermdziesiąt przesłanka, o rozbrajającym uśmiechu, silnych ramionach i oczach w kolorze absolutnego błękitu. Tak.

Dodatkowo, w poczucie pełni szczęścia wpisuje się fakt,że po czterech tygodniach starannego wykonywania obowiązków bez jednego dnia na głębszy oddech, czekają mnie teraz 4 (słownie: cztery) dni laby niczym - mam nadzieję - niezakłóconej. Ktoś tam na górze musi mnie mocno kochać, bo nawet pogodę zapowiadają ładną i zamiast tradycyjnego o tej porze śniegu z deszczem czeka nas słoneczko i -naście stopni.

Choćbym chciała ponarzekać, to nie mam na co :) Pięknie jest, jest pięknie! Jestem dobrą, mądrą dziewczynką, zasłużyłam.

27 października 2011

Jaka piekna Pakosa!

Czuję się dziś od rana jak Pakosińska, uśmiech dosłownie nie schodzi mi z twarzy. Cieszy mnie wszystko: kształty, kolory, rozmowy, uśmiechy, co jest tym dziwniejsze, że biorąc pod uwagę ilość wina, które skonsumowaliśmy ze znajomymi do wczorajszej kolacji, bynajmniej nie mam prawa dziś czuć się dobrze.

Ktoś też mógłby powiedzieć, że w porównaniu z depresyjną aurą wcześniejszych wpisów dzisiejszy dobry humor wydawać się może cokolwiek schizofreniczny. Byłby to jednak błędny wniosek, gdyż od ostatnich wpisów minęło już trochę czasu i w tymże czasie sukcesywnie walczyłam z własnym wszechogarniającym marazmem i krok po kroku wyłaziłam z kosza (ciiichoszaaa wygląda na to, że mi się udaje :)).

To, czy dobry humor jest tylko chwilowy, przekonamy się niebawem, choć są wyraźne przesłanki ku tezie, że zagości on u nas na dłużej i że już dość smutactwa i tumiwisizmu.

p.s z racji nieprzeciętnie dobrego dnia, można mnie dziś o wszystko prosić i najprawdopodobniej się zgodzę :)

18 października 2011

Powiało optymizmem.

Życie jest okrutne, życie jest złe, jest też męczące i niesprawiedliwe . Jak to jest, że jakiś Meksykanin wisi sobie teraz w hamaku z butelką piwa w ręce i wygrzewa w południowym słońcu a ja tu nie dość, że marznę, nie dość, że pracować muszę, to jeszcze wstawać co rano skoro świt.

Na dodatek, mimo intensywnych poszukiwań nie kupiłam wczoraj kozaków, bo firmy obuwnicze nie przewidziały, że przy tak małej stopie (36) można mieć tak ogromną łydkę. Spinning, Panie i Panowie, mój ratunek i przekleństwo zarazem.

14 października 2011

Zbiegi okoliczności.

Dziś na spotkaniach miałam dwóch Panów, którzy na drugie imię mieli Piotr.
Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie.

12 października 2011

Raz się żyje.

Jestem szczęśliwa. Jestem szczęśliwa!! Niezaprzeczalnie i nieodwołalnie i to z tak banalnego powodu, że aż wstyd się przyznawać. Oczywiście nadal mam do siebie żal i pretensje o brak konsekwencji, bo a i owszem, schudłam 2 kg, ale zaraz potem tyleż samo przytyłam, bo skoro mi tak łatwo poszło, to może nie powinnam się tak spieszyć i może kupię sobie czekoladę...  kobieca logika. Tak.

Nie zmienia to faktu, że w drodze do i z zakładu pracy przygłupawy półuśmiech nie schodzi mi z twarzy, jestem tak pewna siebie i swojego miejsca na Ziemi, że nawet kanara potrafię przekonać, że przecież ja dopiero wsiadłam i fakt, że nie mam biletu nie wynika z chęci okradzenia MZK, tylko braku czasu na przejście 2 metrów do biletomatu w środku tramwaju...Tak.

Nie wiem jak to się dzieje, ale się dzieje - dostaję od losu więcej, niż kiedykolwiek myślałam, że można, tak naprawdę nie robiąc nic albo niewiele i nawet się nie starając, samo mi tak jakoś w ręce wpada... Tylko nie zmarnuj tego, Kobieto, nie zmarnuj, na co Ci mieszkanie, samochód, do grobu nie zabierzesz, ważni są ludzie, przyjaciele i ich pamięć o Tobie, wypadałoby trochę dobra po sobie zostawić w podziękowaniu za to szczęście. Tak.

21 września 2011

Księżniczka tupie małą nóżką.

Nie akceptuję faktu, że sama siebie nie akceptuję i że mam za niską self-esteem.
Nie i już, nie, nie tak być nie będzie.

Gdybym zaakceptowała fakt, że się nie akceptuję (w pełni, bo trochę, owszem, tak) to już by był krok naprzód, umożliwiający jakieś środki zaradcze. Ale tak łatwo w życiu nie ma.

Dół to jakiś i depresja, tylko skąd się pytam, zapytuję, bo obiektywnych przesłanek do doła brak, a wręcz przeciwnie. Chyba jakiś sukces jest potrzebny, np. nie jedzenie czekolady przez tydzień czy dwa (nie jedzenie drożdżówek mi nie wychodzi, ale łącznie z drożdżówką dzisiejszy bilans 950 kcal i więcej nie będzie, taka, ot, racjonalna dieta).

God help the girl, she needs all the help, she can get.

19 września 2011

Bridget Jones. Tylko z większymi sukcesami w pracy.

Od dziś oficjalnie zaczynam dietę, tak.
Na śniadanie bułka z serkiem i kilka pomidorków koktajlowych + niesłodzona rumiankowa herbata (236 kcal). Od środy ani łyka alkoholu.

Cel: 3 kg w 2 tygodnie (łudzę się, że jak to sobie napiszę czarno na białym, to będę pamiętać i się tego trzymać).

- Ale w zasadzie, kobieto, z czego ty się chcesz odchudzać? Owszem, ostatnio jadłaś trochę więcej i może i odrobinę widać, ale podobno wyglądasz zdrowiej, nie jak cień samej siebie sprzed kilku miesięcy, poza tym dobre rzeczy się w życiu dzieją, jesteś szczęśliwsza, więc i bardziej okrągła...

No i właśnie. Jak to się trzymać planów i postanowień, jeśli w głowie, na widok szarlotki, delicji i pizzy (hand made, by moja współlokatorka) włącza się właśnie taka argumentacja?
Trzymajcie kciuki kochani, to będzie trudna batalia.

Raport z postępów na bieżąco.

13 września 2011

Więcej szczęścia niż rozumu.

"God help the girl, she needs all the help, she can get.."

Ostatnio wszystko mi z rąk leci, kiedyś, też owszem, mi się to zdarzało, ale teraz to już przesada. Żeby zobrazować przykładem - chwilę temu zajrzywszy do pracowego kantorka celem zrobienia sobie herbaty doszłam do wniosku, że dziubnę (tylko odrobinę) ryż z warzywami z lanczboksa, który dziś w ramach zdrowego żywienia przyniesłam do zakładu (zawsze jem po 13, cóż że dopiero 11:30, głodnam). I co? ledwo lanczboks otworzyłam, już mi się z rąk wyślizgnął i chlupnął w moją stronę sosem warzywno-mięsno-oliwnym. Tak. Całe szczęście sos zmienił trajektorię lotu i nie doleciał do mojej ślicznej (czystej!) bluzeczki, bo wszystkie spotkania na dziś dopiero przede mną. A znając mnie, możecie się domyślać, że nie mam w zakładzie bluzki na zmianę.

Przykład drugi. Kręcę długopisem (see Pen Spinning na youtube), zdaża mi się tez kręcić kijem bilardowym lub markerem. Czarnym, odkręconym (sic!) markerem na przykład na szkoleniu w niedzielę. I jak mi ten marker nie wypadnie, jak nie poszybuje podkręconym lotem w kierunku mojej jasnoszarej spódnicy. Nie doleciał.  Trafił w blat stolika. Uff....

30 sierpnia 2011

Allen W.

Byłam (byliśmy :) w kinie na nowym Allenie. Zero zaskoczenia. Pan Wielki Reżyser chyba sobie odpuścił, doszedłszy do wniosku, że już dość ambitnego kina egzystencjalnego niepokoju spłodził i czas najwyższy na prostą, niewyszukana rozrywkę dla mas i to w ilości znacznej, bo film co sezon.

Ja tam nie narzekam, według mnie kino rozrywce właśnie służyć powinno, jednak znam Takich, którzy wyszli z kina tyleż zawiedzeni, co zdegustowani, że film mało ambitny i zanadto dosłowny.

Czy aby na pewno?
Może właśnie takie było zamierzenie, aby prostym scenariuszem, mało ekspresyjną grą aktorów i malowniczymi zdjęciami zwrócić uwagę widza na to, co jest głębiej, pod skórą, by widz mógł się dzięki prostej fabule z bohaterami utożsamić i zastanowić jaką on postawę wobec życia przyjmuje: rezygnacji, zgody na schematyczność czy aktywnych poszukiwań sensu i prawdy, kwestionowania wystarczalności rzeczywistości?

Szczerze polecam "O północy w Paryżu". Warto zobaczyć i ocenić (a potem podzielić się ze mną wrażeniami). W końcu Allen wielkim reżyserem jest.

12 sierpnia 2011

Bałtyk.

Baałtyk jest chłodnym moorzem i co z tego...

05 sierpnia 2011

Urlop. Od samej siebie.

Każde nasze działanie powinno być podporządkowane jakiemuś celowi. Tak mówią mądre poradniki. Mówią też, że urlop jest po to, by odpocząć, oderwać się. Tylko jak wyskoczyć z własnej skóry i z "pracownika biurowego" w kilka chwil przemienić się w bujającego na hamaku Latynosa, mamroczącego pod nosem "maniana, maniana.."?!

Swoim zwyczajem postanowiłam coś postanowić. Decyzją wyższej instancji orzeka się, że mój już-prawie-urlop będzie miał motto. Brzmi ono tyleż dumnie, co błyskotliwie: "NIC NIE MUSZĘ" i wyrażać się będzie przez działania: nie planować, nie kontrolować, nie kombinować.

Łatwiej napisać, trudniej wykonać. Raport z postępów za 2 tygodnie ;-)

23 lipca 2011

She left no time to regret.

27. Trudny wiek. Morrison, Joplin, Hendrix, Cobain.

Pamiętam pierwszy raz, gdy ją słyszałam, pomyślałam: Fitzgerald, a zaraz potem - Moment, Ella śpiewa o odwyku?!

2 płyty. Tyle nam zostawiłaś.
Będziemy ich słuchać do zdarcia. 

Tribute, Amy Jade.

22 lipca 2011

Inspiracje.

Jedna ze starych ludowych mądrości mówi, że można wiele zobaczyć, gdy się patrzy.
I rzeczywiście! Ostatnio szukałam inspiracji do projektów, które chodzą mi po głowie i nagle zewsząd zaczęły do mnie docierać mini-impulsy, podszepty, ciekawe realizacje. Czasem jest to zdanie, które wypowie poznana w pracy osoba, przedmiot na sklepowej witrynie, czy też blog, który zauważam w zakładce "Czasem odwiedzam" innego bloga, którego z kolei ja czasem odwiedzam...

Ostatnie odkrycie: projekt The Little People. Link po prawo.

21 lipca 2011

Leje.

Leje. Dalej leje, już dziesiątą godzinę leje, albo i dłużej, bo nie pamiętam, kiedy zaczęło. Na śmierć zamarznę, jak wyjdę z biura, a na jogę wzięłam króciutkie spodenki i bluzkę na ramiączkach. Dziś ćwiczę zawinięta w koc i przykryta karimatą.

13 lipca 2011

Odtrutka na marazm i roszczeniowość.

Od kilku dni ratuję od zatracenia swoją lewicową duszę lekturą Wysokich Obcasów. W internetowym wydaniu znalazłam wywiad z Anną Nowakowską - Pokolenie bez etatu. Pani psycholog obnaża w nim bezpodstawność i bezcelowość postaw przyjmowanych przez zagubionych na rynku pracy 20- i 30-latków, nie umiejących znaleźć sposobu na rozwijanie własnych talentów, ślepo roszczeniowych - bo przecież sam fakt posiadania dyplomu jakiejś uczelni powinien zapewnić karierę, pensję 4 tys netto i dożywotnie poczucie bezpieczeństwa.

Polecam wszystkim, a szczególnie przedstwicielom mojego pokolenia (X, Y czy jaka tam teraz łatka obowiązuje). Pani psycholog dobitnie, brutalnie wręcz, uzmysławia jakie błędy w myśleniu o sobie i swojej "karierze" popełniamy, skąd one się biorą i co chyba najważniejsze - jakie powinniśmy zadać sobie pytania, aby wyrwać się z zaklętego kręgu "należymisię".

Rozmowa Małgorzaty Kolińskiej-Dąbrowskiej z lutego 2011.

12 lipca 2011

going nuts.

stan konta
stan zapalny
stan d-up comedian
Stan y
stan daryzacja
stan stały
Stan isław Lem
stan owienie prawa
stan ik
Stan 'ko
...

11 lipca 2011

Tydzień z bezami.

Nie, nie słodkimi purchawkami przekładanymi kremem, za którymi nota bene nie przepadam.
Nadchodzące dni będą dla mnie czasem BEZ gotowania (bo lubię i mi wychodzi, a potem to wszystko - często sama - zjadam), BEZ ciastka do porannej kawy, słodkiego budyniu na podwieczorek i generalnie BEZ słodyczy. No, może poranną owsiankę trochę sobie posłodzę.

Czeka mnie też tydzień BEZ popołudniowego leniuchowania, BEZ zaczytywania się w czymbądź w pozycji horyzontalnej - normę czytelniczą nadrobiłam w weekend, teraz wieczorami czeka mnie sport (ruchy, kluchy leniwe!).

Zamierzam też wytrwać do soboty BEZ szastania pieniędzmi (przydadzą się na niedługim urlopie).
I zbuduj w sobie człowieku wewnętrzną motywację do codziennego wstawania z łóżka.

07 lipca 2011

Najpiękniejszy dzień w życiu.

Strony sklepów z sukniami ślubnymi uparcie sugerują, że to właśnie dzień, w którym ze łzami w oczach, brokatem we włosach i długim welonem na posadzce cicho i rzewnie szepniesz: TAK.

Śmiem zapolemizować. Moim najpiękniejszym dniem był (i chyba nic tego nie zmieni) pewien chłodny czerwcowy wtorek, kiedy to po czterech miesiącach tresowania swojej szarej podczaszkowej masy w logicznym myśleniu i walki ze snem nad podręcznikami do doktryn politycznych (kto czytał, ten wie) dostałam 5,0 na semestr od doktora, u którego 3,0 było wyczynem zasługującym na dwudniową balangę.

Jedna z moich koleżanek natomiast za najpiękniejszy dzień swojego życia uznaje dzień swoich narodzin. To ma sens.

This is my town and if you don't like it...

Pierwotny pomysł na bloga był inny. Miało nie być osobistych wynurzeń czy relacjonowania przebiegu dnia. Miały za to być refleksje, interesujące przemyślenia  i błyskotliwe myśli, ale jak to z błyskotliwymi myślami bywa - pojawiają się za rzadko, niż byśmy chcieli, a jeśli już, to akurat wtedy, gdy nijak nie da się ich zapisać.

Wprowadzam więc nowy porządek. Na blogu będzie się pojawiać co bądź. Może strzelam sobie tym w kolano, ale jako miłośnik słowa z literackimi ambicjami powinnam pisać, pisać, pisać.

To jest mój blog i jeśli coś ci się nie podoba...

06 lipca 2011

Joga.

Ambitny plan mam zawsze. Wymyślam, jak ciekawie i sensownie spędzić czas po pracy, te kilka zbyt szybko umykających godzin, między 17.oo a ostatnim przedsennym ziewnięciem. Pomysły kręcą się, jak na singielkę z dużego miasta przystało, wokół sportu, kultury i ludzi - w różnych proporcjach i natężenu.

Wczoraj głównym punktem popołudniowej agendy była joga, na którą umówiłam się z jedną z kumpel, która znała mnie już wtedy gdy jeszcze nie byłam tym, kim dzisiaj. Niejedno razem widziałyśmy i zrobiłyśmy - kolejną z tych rzeczy miała być uważna praktyka asan. Z tym, że.

Nawet wysoki poziom motywacji (obie niedługo mamy urlop, chcemy być zwinne i gibkie) nie powstrzymał nas od wejście "na chwilę" do jednej ze śwątyni szmatek, bucików i dodatków, w której utkęłyśmy na dobre półtorej godziny, a że na asany było już za późno, reszta popołudnia zleciała na wyszukiwaniu nowości wydawniczych i smakowaniu miodowego przysmaku jednego z miejskich mini-browarów.

Zwykle po takie niezgodne z planem obijanie się wywołuje u mnie gigantyczne poczucie winy, ale dziś przez całą noc śniło i się, że jeżdżę rowerem, więc czuję się rozgrzeszona.

04 lipca 2011

Bilans..zawsze byłam kiepska z ekonomii.

Sobota. Godziny snują się ospale, nigdzie się nie spiesząc i bynajmniej nie sugerując, że coś "trzeba" lub "powinnosię". Tematem dnia jest leczo z kabaczka, napisany od końca kryminał A. Christie i telefon od przyjaciela, który chciałby...

Uwielbiam rosyjską nazwę niedzieli - Waskriesieńje (Wskrzeszenie) - jest tak melodyjne, przepełnione symbolicznym znaczeniem, a do tego bezpretensjonalnie urocze. Jeśli kiedykolwiek miałabym zrobić sobie tatuaż, byłoby nim to słowo, pisane, rzecz jasna grażdanką.

Waskriesieńje przyniosło nieoczekiwany pakiet rozmyślań, refleksji i chęci powrotu do czegoś, co utraciłam jakiś czas temu. Trochę tak, jakbym na powrót była małą dziewczynką, a mama wołała mnie przez okno z podwórka na obiad.

01 lipca 2011

Już prawie, już za chwilkę...

Jeśli czytanie tego wpisu oderwało Cię od sumiennego i skrupulatnego wypełniania zawodowych obowiązków, to prawdopodobnie domyślasz się, o co chodzi...
... o U.R.L.O.P !!

Do mojego (zasłużonego) wypoczynku zostało równiuśko 5 tygodni, a to już chyba najwyższy czas, żeby zrobić jakiś plan, listę potrzebnych rzeczy, jakieś rezerwacje i projekcje, jak to miło będzie sobie leżeć, jeździć, pływać i ogólnie wypoczywać z uwolnioną od obowiązków głową. Szczególnie, że wszystkie ważne projekty w firmie zostaną sprawnie domkniete, zlecenia zrealizowane, współpracownicy przygotowani na absencję i na pewno nie będzie niczego, co mogłoby mi wakacyjny spokójzmącić :-]

Ahoj przygodo! Jeszcze tylko kilka chwil...

15 czerwca 2011

Zakupy zawsze dobre na poprawę humoru.

Wczorajsze robocze godziny minęły pożądanie szybko, zostały też dość efektywnie wykorzystane i wyszłabym z pracy w wyjątkowo dobrym humorze, gdyby nie ostatnia rozmowa z Pewną Klientką. Pani udało się na tyle wyczerpać moje bogate pokłady cierpliwości, że uznałam za stosowne wynagrodzić sobie trud tej rozmowy zakupem jakiegoś ciuszka.
Zajechawszy na dwóch kółkach pod budynek sklepu, którego nazwa składa się z kilku liter, stanowiących zapewne inicjały Ojców Założycieli, odkryłam na szybie witryny ogromny napis WYPRZEDAŻ.

- Super! - taka była moja pierwsza myśl, mój entuzjazm jednak szybko przygasł, gdy zobaczyłam, że bynajmniej nie mnie jedną interesuje sterta przecenionych fatałaszków.
- Nic to, dam radę - myślę sobie - i dałabym, gdyby nie geniusz planistyczny osób zarządzających sklepem: ubrania z nowej, nieprzecenionej kolekcji wisiały sobie w najlepsze w bardzo przestronnej części sklepu, a odległości między wieszakami takie, że dwa rowery by się minęły, natomiast ciuszki z metką SALE upchnięto niemiłosiernie na kilku metrach kwadratowych, zostawiając ledwo 30-40 cm "przejścia" - a jak można się domyślić właśnie na tej części sklepu skupiły swoją uwagę polujące na okazje kobietki. No i klops - ani się minąć, ani przesunąć, cofnąć też nie, bo za mną już czeka na swoją kolej kilka dusz. Efekt był taki, że zza każdego wieszaka słychać było ciche "przepraszam" "ja tylko przejdę" "sorki" itp. Poziomu frustracji Klientek mogę się tylko domyślać (mając za przykład siebie), a każda z nich pewnie w myślach przeklinała pomysł pójścia na zakupy w dniu przeceny, po godzinie 17.00..

11 maja 2011

Widoki na Zachód.

Od kilku dni wykorzystuję nadzwyczajną hojność natury - nieskalany błękit nieba, blask słonecznych promieni i dwadzieściakilkastopninaplusie - i po pracy wyleguję się z książką na ławce w parku (wczoraj nawet zasnęłam, obudziła mnie starsza pani ostrzegając, że mogą mi w czasie drzemki buchnąć nieprzypięte do ławki dwa kółka). 

Fakt, że większość bywalców parków mnie ignoruje (nie licząc psów, komarów i amantów zagajających tekstami w stylu "Maleńka, albo my, albo książka") stawia mnie w wygodnej obserwacyjnie sytuacji. Widzę spacerujących za rękę staruszków, rozbiegane dzieci, truchtających rodziców tychże dzieci, starających się uciszyć chwilą sportu wyrzuty sumienia po ośmiu godzinach spędzonych w siadzie za biurkiem. Słyszę rozmowy o sąsiadach, ślubach, pieniądzach...

I tylko drobny pajączek niestrudzenie buduje nić miedzy moim bicyklem a najbliższym drzewem (moja arachnofobia zaczyna się, gdy odległość między pajęczymi odnóżami przekracza 2 cm).

07 maja 2011

...

Ciekawe, w którym momencie umiera w człowieku poczucie odpowiedzialności za własne szczęście?

19 kwietnia 2011

Pomysł na biznes.

Czy ktoś już kiedyś nazwał restaurację "Cięta Riposta"?

14 kwietnia 2011

The Doors.

Drzwi jako granica. W kontekście systemowym - jako analogia wejścia lub wyjścia i warunków, które trzeba spełnić, aby przejść na drugą stronę.

Zamknięte drzwi - niewykorzystana szansa lub bezpieczeństwo - skuteczna bariera dla tego, co niechciane.
Drzwi otwarte - zaproszenie, możliwość zaspokojenia ciekawości, zmiana.

Właścicielka naszego mieszkania w ostatnim akcie remontowego dramatu postanowiła zapisać wymianę wszystkich drzwi w domu. Ciekawe, jak to wpłynie na naszą kosmiczną karmę.

12 kwietnia 2011

Zagadka.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego pracownika straży pożarnej nazywa się strażakiem, a straży miejskiej - strażnikiem?

Czyżby w straży ogniowej było więcej zwolenników brytyjskich wieczorynek, a wśród funkcjonariuszy miejskich przeważali fani Chucka Norrisa?

11 kwietnia 2011

Skąd się biorą moje wpisy.

Jako niezmiernie spokojna osoba zszokować mogę deklaracją, że konflikt jest naturalnym stanem mojego umysłu.
Ścierają się w nim argumenty, wpływy, informacje i inspiracje. Myśli z prędkością światła mkną wzdłuż i w szerz, zapalając wszystko, co napotkają po drodze. Jednak tylko niewielka część tej podczaszkowej burzy wydostaje się na zewnątrz.

I właśnie z tych asubstancjalności lepię swoje wspisy na blogu.
Najczęściej przy akompaniamencie Franka S. (poszukiwany za niedościgniony styl i klasę).

17 lutego 2011

Język polski nie być łatwy.

Stwierdziłam, że kupię dziś Wybiórczą. Nie żebym miała taki nawyk, bądź robiła to jakoś często.
Przy śniadaniu radio poinformowało, że w Dużym Formacie dają reportaż Hugo-Badera. Wystarczyło.

- Poproszę Gazetę.
- Z tangami?
- ?? (jest 8.oo rano, od kilku dni chodzę niewyspana, a chwilę do mnie dotrze, co Pan ma na myśli...złudna nadzieja).
- Przepraszam, z czym?
- Z tangami. Dziś jako dodatek jest płyta z lekcjami tanga.
- Nie, gołą poproszę.

Temat z pierwszej strony: ponad połowa nas, Obywateli nie czyta. Niczego. W szczególności jeśli jest dłuższe niż 3 strony.
Dzisiejsza Wybiórcza ma stron kilkadziesiąt. Przeczytałam cztery. Te z reportażem Badera.

14 lutego 2011

Nie mam czasu czytać Marksa.

Czy Marks w swojej teorii klas przewidział powstanie klasy średniej i jej walki z samą sobą o status, uznanie i posiadanie dokładnie tych samych znamion przynależności?

Przewidział postępującą unifikację marzeń, dążeń i narzędzi?
Przewidział takie zagęszczenie sieci powiązań, że cel indywidualny przestał mieć wyjście i musiał zlać się ze zbiorowym?

13 lutego 2011

Caution!

Pomalowałam, albo raczej namalowałam sobie paznokcie. Dłonie zakończone bezbarwną, niewidzialną płytką są dziewczęce, dziecinne wręcz, bez wyrazu.

Zamknięta w małym słoiczku krwista czerwień farby to skroplona emanacja kobiecości.

Migocząca purpura starannego manicure'u podanej na przywitanie ręki, jako znak ostrzegawczy i prezentacja broni.

30 stycznia 2011

Manneken Pis.

Bruksela - miasto kontrastów, różnic, sprzeczności.

Deklaratywna akceptacja dla ras, narodowości i kultur miesza się tu z faktyczną ekskluzywnością białego, europejskiego centrum, wobec wypieranych ze świadomości, choć zyskujących na znaczeniu, muzułmańskich obrzeży miasta.
Belgowie boją się wyjść wieczorem na ulice "złych dzielnic", podczas gdy ich mieszkańcy, bez szans na społeczny awans, mogą tylko pomarzyć o współdecydowaniu o kształcie dzisiejszej i jutrzejszej Europy.

Manneken Pis oficjalnie oddaje mocz na "Liberte, egalite, fraternite".

26 stycznia 2011

Guru-etkowska.

Zazdroszczę Gretkowskiej, że widzi dźwiękami i słyszy kolorami.

Mi się najczęściej myli eksploracja moich wewnętrznych pokładów absurdu z poszukiwaniem sensu życia na tej przeludnionej planecie.

25 stycznia 2011

Granice.

Mam dziś problem z ustaleniem, gdzie się zaczynam, a gdzie kończę.

24 stycznia 2011

No to jazda.

Lodowisko. Z definicji płaskie i śliskie.
Płozy łyżew. Przez godzinę stanowią naturalne przedłużenie moich stóp. Niemal czuję chłód powierzchni, po której staram się przemieszczać.

Dialog wewnętrzny: "-Pochyl się! -Nie, bo się wywrócę!".

"-Zegnij kolana! Wiesz, gdzie je masz? -Wiem! -No to zegnij je do diabła!".

Okazało się, że najszybciej i najmniej stresowo jeździ mi się, gdy zamiast o prawie ciążenia, myślę o prawie pracy.

20 stycznia 2011

Coffee break.

Eksperymentu NO-COFFEE-IN-THE-MORNING ciąg dalszy.
Póki co, poszłam sama ze sobą na kompromis i piję kawę tylko co drugi dzień.
Dziś jest akurat dzień bez kawy. Prawie 11:00 a ja nie śpię z głową na klawiaturze.
Sukces.

Złote rąsie.

Po długich namowach i negocjacjach właścicielka naszego mieszkania zdecydowała się wezwać ekipę do samospadającego sufitu w przedpokoju. Problem ma zostać zażegnany szybko i sprawnie, a przy okazji i ścianom dostanie się farbą.

Kłopot w tym, że my Panów Budowlańców nie znamy, nic o nich nie wiemy, a będą oni dziś cały dzień, pod naszą nieobecność, zdzierać warsty farb i tynków.

Ciekawe co zastaniemy (a czego nie) po powrocie z pracy.

12 stycznia 2011

Lidl. Mądry wybór.

Wydarzenia ostatniego tygodnia dobitnie pokazały, że drzwi od Lidla są mądrzejsze ode mnie.

Wiedzą, kiedy się otworzyć, a kiedy się zamknąć.

11 stycznia 2011

Bezsenn(sown)ość.

Ostatnio mam problemy z zasypianiem - wieczorami zwyczajnie nie jestem zmęczona.
W ciągu dnia, nieprzytomna i niewyspana, muszę dobudzać się kawą.

Chyba powinnam pogodzić się ze swoją kocią naturą i zamienić biurową pracę na pierwszy lepszy bar lub popołudniową zmianę biletera w kinie.